Wtorek, 21.02.2017

&nbps;

Oni wychodzą – Ty zostajesz!

12 marca 2016 10:58

Zaufanie, cierpliwość i praca nad sobą kluczem dla rozwoju młodych koszykarzy – pisze Michał Świderski.

Warto ciężko pracować / fot. R. Rusek, Newspix

Zaufanie i cierpliwość – dwa czynniki tak niezbędne w rozwoju młodych koszykarzy, tak często w polskich klubach nieobecne. Na szczęście można znaleźć też kilka pozytywnych przykładów. O niełatwym starcie karier młodych koszykarzy porozmawiałem z trenerami, którzy nie boją się stawiać na młodzież oraz z młodzieżą, na którą postawili trenerzy.

Czego oczekują trenerzy?

Czego oczekują trenerzy od młodego zawodnika zaczynającego treningi z seniorami? Jak poznać, że junior „nadaje się” do seniorów?

Z Wojciechem Kamińskim chciałem porozmawiać głównie o Rosie Radom, ale on wspomniał też m.in. o 17-letnim Kamilu Łączyńskim, którego trenował w Polonii Warszawa. – Budową ciała odbiegał od swoich przeciwników, ale przewyższał ich inteligencją boiskową i znajomością koszykówki. Młody zawodnik musi mieć przynajmniej jedną cechę na wysokim poziomie. Oczywiście im jest ich więcej, tym łatwiej w dorosłej koszykówce.

Tą cechą nie musi być koniecznie rzut czy wzrost – nie mniej ważna jest głowa. - Co do samych treningów, to ćwiczymy na pełnej szybkości i koncentracji, dlatego zawodnik musi być też gotowy psychicznie. Jeżeli wiemy, po co ćwiczymy i jak możemy wykorzystać dany element, praca jest bardziej efektywna. Postęp osiąga  się przez jakość wykonania ćwiczenia, a nie czas spędzony na sali.

Dlaczego czołowi strzelcy rozgrywek młodzieżowych nie mogą często przebić się w ekstraklasie? Trenerzy często podkreślają, że obrona jest ważniejsza od ataku. Kamiński: - Jeśli ktoś gra dobrze w obronie, drużyna nie traci głupich punktów... Atak jest mniej ważny. Gorzej, jeśli młody chce wejść w mecz atakiem i nie broni.

Tane Spasev, trener stawianego w ostatnich latach za wzór pracy z młodzieżą Asseco Gdynia,  mówi wprost: - Kluczowa jest postawa w obronie. Jeśli młody zawodnik dobrze wykonuje swoje zadania i role defensywne, może trafić do składu meczowego. Nie oczekuję, że nowy zawodnik od razu zacznie odgrywać wielką rolę w ofensywie.

Sporo do powiedzenia na temat treningu młodych koszykarzy miał Zoran Martic. W końcu połowa składu, jaką ma do dyspozycji w tym sezonie słoweński trener Trefla, to debiutanci lub prawie-debiutanci. – Samo trenowanie z seniorami nigdy nie wystarcza. Będąc młodym koszykarzem, musisz pracować nad swoim rozwojem indywidualnym, a w drużynie seniorskiej często nie ma na to czasu. Chcesz być strzelcem – musisz po treningu regularnie oddawać tysiące rzutów. Chcesz być rozgrywającym – musisz ćwiczyć panowanie nad piłką. Gdy wszyscy wychodzą z sali, musisz na niej pozostać.

Jak to wygląda w praktyce?

Martic podaje jako przykład postęp 21-letniego rozgrywającego Pawła Dzierżaka. - Wiadomo było, że jego największym ograniczeniem jest rzut. Grało mu się trudno, ponieważ obrońcy wiedzieli o tym i odpuszczali go na dystansie. Poprawienie rzutu było więc dla niego największym wyzwaniem, a nie jest to łatwe podczas sezonu. Dzięki dodatkowym treningom z Marcinem Klozińskim widać jednak spory postęp – może nie jest typowym strzelcem, ale zyskał pewność siebie i trafia za 3 na dobrej skuteczności (11/24, 46%, co jest najlepszym wynikiem w drużynie).

O Dzierżaku będzie jeszcze później, a na razie wróćmy do trenera Martica. Jak poznać się na dobrym zawodniku? – Nie można ulegać uprzedzeniom. Wywodzę się z jugosłowiańskiej szkoły koszykówki i w związku z tym nie lubię myślenia typu „za młody”, „za słaby fizycznie”. Niektórzy adaptują się szybciej, innym zajmuje to więcej czasu. Młody Andriej Kirilenko wyglądał jak pająk i wiele osób pukało się w czoło, pytając, czego ten chuderlawy zawodnik szuka w koszykówce. – zauważa Martic. - Zasadniczo trzeba trzymać się jednak założenia, że jeśli zawodnik jest gotowy na trening z seniorami, jest też gotowy na mecz.

Wystarczy słuchać i rozumieć

Jednym z młodych zawodników, pod adresem którego w tym sezonie padło wiele ciepłych słów, jest Przemysław Żołnierewicz. Rola w drużynie Asseco Gdynia 21-letniego obrońcy rośnie z sezonu na sezon w tempie błyskawicznym (średnia minut: 7 – 13 – 27), ale mało kto już pamięta, że początki na parkietach PLK nie były dla niego rewelacyjne.

Żołnierewicz zadebiutował w PLK jako niekwestionowana gwiazda rozgrywek młodzieżowych, jednak w pierwszych meczach wyglądał na zagubionego.

- Największym problemem była obrona. Nie żebym nie dawał rady fizycznie, ale często nie wiedziałem, jak się zachować – to było dla mnie zupełnie coś nowego. Zagrywki też znałem bardzo dobrze, ale nie wiedziałem na początku, jak je egzekwować. – wspomina swoje początku w PLK Żołnierewicz.

Po pewnym czasie, przy dużej pomocy starszych kolegów, było już łatwiej. Pomagali mi wszyscy, a ja chciałem się uczyć i słuchałem. Ale kluczowe było to, żeby nie tylko słuchać i ślepo robić, co do ciebie mówią – ale rozumieć, dlaczego tak należy postępować. Potem pozostaje do tego się zastosować i wiele rzeczy na boisku staje się łatwiejszych. Proste, prawda?

Najwyraźniej Żołnierewicz słuchał dużo, bo w tym sezonie jest trzecim najlepszym strzelcem (9,6 pkt) i zbierającym (4,6 zb.) w drużynie, a pod względem średniego evalu (11,0) jest nawet drugi, minimalnie przegrywając z Przemysławem Frasunkiewiczem. Z zagubionego nieco debiutanta stał się najpierw obiecującym zmiennikiem, a potem solidnym graczem. Efekt – coraz częściej porównuje się go np. do Michała Sokołowskiego i nawet nieśmiało zaczyna wspominać o kadrze.

Rówieśnik Żołnierewicza, rozgrywający Trefla Sopot Paweł Dzierżak, dopiero czeka na tak udany sezon. Mimo że w PLK zadebiutował już w sezonie 2012/13 (50 s w meczu z Anwilem, jeszcze obok Filipa Dylewicza i Adama Waczyńskiego), na poważne granie musiał poczekać ponad dwa lata. Darius Maskoliunas nie był wielkim zwolennikiem dawania szansy zawodnikom, którzy nie prezentują poziomu PLK, więc Dzierżak cierpliwie trenował i czekał. I jak teraz przyznaje, miało to nawet na dłuższą metę swoje plusy.

W tym sezonie zacząłem grać więcej, ale nie odczuwałem wielkiej tremy. Trenowałem z seniorami od 17. roku życia, mentalnie byłem więc przygotowany do bycia drugim rozgrywającym. A presja? I tak osobą, która nakłada na mnie największą presję, jestem ja sam.

Mimo przełomowego pod względem roli w zespole sezonu Dzierżak nie może być w pełni zadowolony. W porównaniu z poprzednimi latami Trefl znacznie obniżył loty i z bilansem 5 20 znajduje się w dolnej części tabeli. Na dodatek stał się symbolem przegrywania wygranych meczów czy porażek w ostatnich minutach. Mimo tego Dzierżak stara się tym nie przejmować. On sam gra raz lepiej, raz gorzej, ale na myślenie o złych akcjach podczas meczu nie ma czasu. - Podczas meczów staram się szybko zapomnieć o ewentualnych niepowodzeniach. Gdy myślisz o niecelnym rzucie czy stracie, w następnej akcji możesz automatycznie znów zrobić coś źle.

Dzierżak na szczęście może liczyć na swojego trenera, który nawet jeśli na meczu denerwuje się, to konsekwentnie stosuje swoją filozofię. – Nie wychowasz zawodnika, nie dając mu szansy – tłumaczy Martic. – Jeśli zacznie myśleć, że przez jeden błąd wyląduje do końca meczu na ławce, zabije to jego pewność siebie. Możesz go zmienić, szczególnie jeśli ciągle robi ten sam błąd, ale potem dajesz kolejną szansę, i jeszcze jedną. I tak do skutku.

Mimo wielu okazji Dzierżak nie zdecydował się na odejście z Sopotu i grę w niższej lidze. Uzasadnia to m.in... motywacją. - Grając w słabszej drużynie, też jesteś w stanie zrobić postęp. Ale jeśli w swojej drużynie jesteś jednym z lepszych, to masz mniejszą motywację i nie zmuszasz się do 100-procentowego wysiłku. No i nie masz od kogo się uczyć.

Motywacja i większa motywacja

Czy młodemu zawodnikowi marzącemu o karierze koszykarskiej w ogóle potrzebna jest dodatkowa motywacja? Ciężka praca na treningach, a potem DNP w arkuszu statystycznym lub wejście w ostatniej minucie meczu. Wielkie oczekiwania, a tu zdarza się słabszy występ. Jak radzić sobie z czynnikami demotywującymi?

Odpowiedź jest prosta i jednoznacznie pokazuje, że jeśli ktokolwiek zaczynający przygodę ze sportem doświadcza braku motywacji, powinien poszukać sobie nowego zajęcia.
Żołnierewicz odpowiada krótko i prosto: - Nie ma rzeczy demotywujących. Największą motywacją są postępy: lepsza gra na parkiecie, większe ciężary na siłowni itd.

Nieco inaczej patrzy na to Dzierżak: - Największym motywatorem zawsze jest porażka. Oczywiście, sukces również motywuje do dalszej pracy, do podtrzymania dobrej passy. Ale to każdego rodzaju niepowodzenie – czy to przegrany mecz, nieudana akcja, niecelny rzut – pozostawia po sobie natychmiastową chęć poprawy. Nie ma więc rzeczy demotywujących – są motywujące i te, które motywują jeszcze bardziej.

Fan od pierwszego wejrzenia

W poszukiwaniu najlepszego przykładu zaufania na linii trener-zawodnik należy udać się do Radomia. Właśnie tam na początku 2014 roku Wojciech Kamiński wpadł na pomysł ściągnięcia do Rosy dobrze mu znanego jeszcze z poprzedniego klubu Daniela Szymkiewicza.

Idea podpisania kontraktu z jednym ze zdolniejszych obrońców młodego pokolenia nie byłaby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie okoliczności jej towarzyszące. Szymkiewicz z powodu kontuzji i powikłań z niej wynikających nie grał wtedy już niemal od roku. Mimo tego Kamiński podjął ryzyko, może dlatego, że był już do niego właściwie przekonany.

- Gdy pierwszy raz zobaczyłem Daniela (w Starogardzie Gdańskim, po podpisaniu kontraktu z Polpharmą – przyp. red.), od razu stałem się fanem – może nie jego gry, ale jego możliwości. – wspomina Kamiński – Wysoki, dobrze przygotowany technicznie zawodnik na pozycję 1-2, który nie bał się pracy, a cieszył, kiedy dostawał dodatkowe zadania czy treningi.

Rok przerwy w treningach również nie był dla Kamińskiego powodem, aby ryzyka nie podejmować. – Daniel chciał wrócić do pełnej dyspozycji, więc my postanowiliśmy zrobić to przez drużynę U20. Wygrał z nią mistrzostwo Polski, a my daliśmy mu szansę w ekstraklasie. Oczywiście o każdą minutę musiał walczyć, bo konkurencja była duża, ale krok po kroku zdobywał u nas coraz większe zaufanie, aż stał się naszym podstawowym zawodnikiem.

Jak to wyglądało z drugiej strony? Czy łatwo było po rocznym rozbracie z koszykówką powrócić do gry, na dodatek w zespole ze sporymi aspiracjami? Co było najlepszą motywacją? Sam Szymkiewicz swój powrót na parkiet podsumowuje krótko:

- Ja po prostu kocham grać w koszykówkę i od dziecka sprawiało mi to przyjemność. Nigdy nie zwątpiłem w to, że będę grał. Wiedziałem, że jak będę ciężko pracować, to będę się rozwijać i dzięki temu móc rywalizować z graczami w PLK. A najlepsza opcja to możliwość grania w mocniejszym zespole i trenowania z lepszymi zawodnikami.

Wzrastająca rola Szymkiewicza w zespole Rosy i coraz lepsze mecze w obecnym sezonie, także w europejskich pucharach, pokazały jak ważne jest zaufanie. A co można dzięki niemu zyskać, tłumaczy na koniec „Kamyk”: - Przy tak rozbudowanej lidze brakuje Polaków i kluby powinny śmielej sięgać po młodych zawodników i wychowywać ich sobie do gry.

Problem w tym, że takich Żołnierewiczów, Dzierżaków czy Szymkiewiczów nie znajdzie się w Urzędzie Pracy. Trzeba poszukać, posprawdzać i poczekać. A to u nas nadal mało popularna ścieżka.

Od mistrza do seniora

W Polsce proces przejścia koszykarzy z koszykówki juniorskiej do seniorskiej trwa dłużej i kończy się zwykle później, niż w przypadku rówieśników z Bałkanów czy Hiszpanii. Poziom szkolenia indywidualnego, poziom przeciwników, z jakimi mierzą się w rozgrywkach juniorskich – wszystko jest na niższym poziomie, więc nauka musi trwać dłużej. Tego często nie rozumieją zagraniczni trenerzy sprowadzani przez prezesów klubów. Nie umiesz – nie grasz. Chcesz grać – to się naucz.

Możemy kręcić nosem, ale w tydzień nie zmienimy, że „ogrywanie młodzieży” w Polsce zaczyna się nawet w przypadku 20-21-latków. Teoretycznie czołowi gracze mistrzostw Polski juniorów starszych (U20) powinni wdzierać się do rotacji klubów PLK.
Weźmy pod uwagę tylko trzech ostatnich mistrzów Polski w tej kategorii wiekowej.

W Rosie Radom (2014) praktycznie jedynym „seniorem” regularnie meldującym się na parkiecie był Damian Jeszke. W Treflu Sopot (2015) zawodników trenujących z seniorami z epizodami podczas meczów było już więcej (Paweł Dzierżak, Artur Włodarczyk, Grzegorz Kulka). Ale już tegoroczni mistrzowie Polski z Asseco Gdynia mogą pochwalić się tylko pojedynczymi wejściami.

Jednak w sezonach „pomistrzowskich” szansę otrzymywali kolejni złoci medaliści (Daniel Szymkiewicz w Radomiu, Paweł Krefft, Michał Kolenda i Jakub Motylewski w Sopocie). Można więc mieć nadzieję, że w przyszłym roku w Gdyni będzie podobnie – a trener Spasev ma z kogo wybierać. Sam zresztą bardzo ich chwali.

Mamy dobrą drużynę U20 – w zeszłym roku zdobyliśmy srebrny medal, w tym świetnie sobie radzimy (rozmawialiśmy jeszcze przed finałami mistrzostw Polski) i normalne jest, żeby wprowadzać ich do pierwszej drużyny. W zeszłym sezonie regularnie grał tylko Żołnierewicz, w tym jest lepiej – swoje minuty zaliczyli już Jankowski, Konopatzki, Kołodziej, Frąckiewicz. Nawet jeśli macedoński trener nieco przesadza (wspomniana czwórka spędziła na parkiecie łącznie 21 minut), to materiału na przyszły sezon nie powinno mu zabraknąć.

Michał Świderski, @miswid

 

 
&nbps;
Partnerzy: Zakłady Sportowe