Czwartek, 23.03.2017

&nbps;

NBA: Marcin na huśtawce

21 maja 2015 23:25

Gortat w zakończonych niedawno rozgrywkach miewał momenty kiepskie i miewał świetne. Pierwszy sezon „życiowego” kontraktu kończył jednak z podniesioną głową.

Marcin Gortat / fot. Newspix
Zarejestruj się w RIVALO i zgarnij bonus 200,- PLN !

Gdy niecały rok temu Marcin podpisywał pięcioletni kontrakt z Washington Wizards, warty 60 milionów dolarów, pojawiały się różne oceny tej umowy. Zarzucano, że przy wieku Gortata (30 lat w momencie podpisywania), pięcioletni związek jest zbyt dużym ryzykiem i że pod koniec kontraktu Wizards będą żałowali, że podpisali go na aż tak długo. Z drugiej jednak strony zapewnili swojemu środkowemu spokojną głowę i pokazali jak ważnym jest dla całego klubu.

Falowanie i spadanie

Sezon Wizards, podobnie jak i samego Gortata to sinusoida. Rozpoczęło się od bardzo dobrej gry zespołu i Polaka. 19 grudnia po pokonaniu Miami Heat drużyna z Waszyngtonu miała bilans 19-6. Gdyby udało im się utrzymać takie tempo wygrywania, rozgrywki zakończyliby z 62 wygranymi.

Gortat w tym czasie grał bardzo solidną koszykówkę. Notował średnio 13,2 punktu, 8,2 zbiórki, 1,4 bloku przy skuteczności 53,8% z gry. Wtedy jednak zaczął się kryzys.

Dotknął on zarówno drużynę, jak i samego Marcina. Wizards wpadli w dołek, z którego nie mogli wyjść aż do końca lutego. Polak wpadł w swój czarny okres właśnie w lutym. Od meczu z Raptors rozegranego 31 stycznia do spotkania z Cavaliers z 20 lutego w ośmiu kolejnych meczach notował średnio 8,8 punktu, 7,6 zbiórki i trafiał 49,1% z gry. Wtedy też Randy Wittman sukcesywnie sadzał go na ławce rezerwowych na czwarte kwarty meczów, przez co Polak na parkiecie spędzał niewiele ponad 25 minut.

Prawdopodobnie wtedy miał miejsce jego kryzys w kwestiach osobistych, o którym Gortat mówił w rozmowie z Jorge Castillo z Washington Post już po zakończeniu sezonu. Wszystko jednak zmieniło się dla niego 22 lutego, w spotkaniu z Detroit Pistons. Rzucił im 24 punkty i zebrał 10 piłek, a do końca sezonu był rozpędzony i naoliwiony, udowadniając że jest wart pieniędzy, jakie Wizards mu płacą. W tych 27 meczach kończących sezon zasadniczy notował 13,6 punktu i 10,1 zbiórki przy skuteczności 62,1% z gry, grając po 31,5 minuty na mecz.

Nene z wozu, Marcinowi lżej

Wtedy też zmieniła się nieco taktyka Randy’ego Wittmana, która pozwoliła Wizards lepiej wykorzystywać Gortata w grze. Polak bowiem częściej pojawiał się na parkiecie w towarzystwie Drew Goodena lub Paula Pierce’a grających jako silni skrzydłowi, a rzadziej w towarzystwie Nene.

Był to ruch o tyle ważny, że zabranie Nene z parkietu i wstawienie za niego rozciągającego obronę zawodnika dało więcej miejsca w strefie podkoszowej. To nie jest odkrycie Ameryki, w końcu Gortat najlepiej funkcjonował w ataku Phoenix Suns, gdy miał obok siebie Channinga Frye’a jako silnego skrzydłowego, wybitnego specjalistę od rzutów za trzy punkty.

W tym kierunku poszła też taktyka w play-off. Nene grał fatalną serię z Raptors, w której notował tylko 8,5 punktu na mecz, przy skuteczności 46,9%. Wtedy też Wittman postawił mocniej na Paula Pierce’a jako podkoszowego, a do składu dołączył młodego Otto Portera.

Raptors nie mieli na to odpowiedzi i łatwo polegli. A Marcin Gortat bardzo korzystał na tak rozciąganej obronie rywala. W pierwszej rundzie play-off zdobywał 17,3 punktu, przy skuteczności 74,4% z gry. Notował też przy tym 10,0 zbiórki i 3,0 asysty. To najprawdopodobniej był jego najlepszy moment w całej karierze w NBA.

Fachowiec od zasłon

W kolejnej rundzie Wizards chcieli grać podobnie, ale szyki pokrzyżowała im kontuzja Johna Walla, która wykluczyła go z gry na 3 spotkania. Gortat nie mógł już się tak dobrze odnaleźć w grze zespołu bez swojego rozgrywającego i jeśli coś można mu zarzucić, to właśnie to uzależnienie od Walla.

Jednak wgląd w zaawansowane statystyki tego nie potwierdza. Jest to co prawda mała próbka, bo przez cały sezon Polak rozegrał tylko 172 minuty bez Walla, ale w ich trakcie notował średnio 18,6 punktu, 11,1 zbiórki i 2,5 asysty w przeliczeniu na 36 minut gry. Dla porównania, gdy Wall jest na parkiecie te średnie spadają odpowiednio do 14,4 punktu, 10,5 zbiórki i 1,3 asysty.

Oczywiście jest to spowodowane tym, że Wall jest na równi z Bradleyem Bealem numerem 1 w ofensywie Wizards i jego obecność to też więcej rzutów zabranych Gortatowi. To jednak nie umniejsza roli Polaka. Jest on bowiem jednym z najlepiej stawiających zasłony zawodników NBA, czym bardzo dobrze otwiera grę swoim kolegom.

Już w poprzednim sezonie jego dwójkowa gra z Bradleyem Bealem była jedną z podstaw ofensywy Wizards, a w tym zostało to jeszcze bardziej ugruntowane.

Polak najczęściej podaje piłkę do Walla (aż 65,6%), ale na drugim miejscu znajduje się w tej klasyfikacji Beal, do którego wędrowało 9,0% piłek od Gortata. Do niego też Gortat miał 23 asysty, co jest wynikiem równym z liczbą asyst skierowanych do Walla, ale przy liczbie podań jakie ta dwójka wymieniła widać jak dobrze wygląda jego współpraca z rzucającym Wizards.

Doceńcie obronę!

O tym jak wiele daje Gortat drużynie pisałem w swoim rankingu zawodników najlepiej broniących własnego kosza. Z Polakiem na parkiecie Wizards tracą w przeliczeniu na 100 posiadań aż o 6,6 punktu mniej niż gdy siedzi on na ławce. Jego rola w obronie wydaje się zatem jeszcze ważniejsza niż ta w ataku.

To wszystko sprawia, że Polak coraz pewniej się czuje w swoim otoczeniu. We wspomnianym już wcześniej wywiadzie z Washington Post, bardzo sprytnie przemycił informację do władz klubu o potrzebie znalezienia zawodnika grającego na pozycji numer 4 z lepszym rzutem, a przede wszystkim z większym zasięgiem rzutu niż ten, którym dysponuje Nene:

„Tak bardzo jak uwielbiam Nene, a myślę, że Nene sam to rozumie, bardzo chciałbym grać obok rozciągającej grę czwórki, z zawodnikiem, który rzuca za trzy punkty. To automatycznie daje mi miejsce pod koszem do gry i daje mi możliwość lepszego rolowania po pick-and-rollach do kosza, gdy pole trzech sekund jest otwarte.”

Jeśli ten scenariusz się spełni, to Wizards powinni sobie zdecydowanie lepiej radzić w kolejnym sezonie. To otworzy ich atak, który nie należał do najlepszych w NBA. W efektywności ofensywnej mierzonej w liczbie zdobywanych punktów na 100 posiadań zajęli dopiero dziewiętnaste miejsce, zdobywając 101,8 punktu na 100 posiadań. W play-off, gdy minuty duetu Nene – Gortat zostały ograniczone, ten wskaźnik wzrósł do 103,3.

I to jest kierunek, w którym powinni podążać. A Marcin Gortat jest niezbędnym elementem do realizacji kolejnego kroku, którym powinien być awans do finału konferencji w przyszłym sezonie.

Piotr Zarychta, twitter

Zarejestruj się w MAYPLAY i zgarnij bonus 200,- PLN !

 

 
&nbps;
Partnerzy: Zakłady Sportowe