Wtorek, 21.02.2017

&nbps;

NBA: Cavs mogli to zrobić

05 czerwca 2015 13:18

Cavaliers zagrali bardzo mecz i gdyby nie głupio rozegrana ostatnia akcja, mogliby nawet wygrać. Warriors zniszczyli gości w dogrywce, by zwyciężyć 108:100.

ostatecznie to S. Curry triumfował / fot. Newspix 

„Wszystko jedno, ile punktów zdobędzie ich gwiazdor, ważne żebyśmy wygrali ten mecz” – najwyraźniej z tej filozofii trenerskiej czerpał przed pierwszym spotkaniem Steve Kerr. Mając ponadprzeciętnych obrońców, jak Andre Iguodala, i wiedząc o strzeleckim potencjale na obwodzie rywala, postanowił nie podwajać LeBrona Jamesa.

Zabawa to ryzykowna, ale opłaciło się – lider Cavs rzucił wprawdzie 44 punkty, ale nie udało mu się wciągnąć do gry reszty zespołu w takim stopniu, jak zazwyczaj. Świetny był Kyrie Irving (23 pkt.), swoje pod koszami zrobili obaj wysocy – Thompson i Mozgow. LBJ grał jednak przede wszystkim izolacje, prawie nie mając okazji do zabójczych zwykle odrzuceń na obwód.

Słabiej niż w ostatnich tygodniach wypadł JR Smith (3-13 gry, 9 punktów - wszystkie do przerwy), a reszta z ławki rezerwowych nawet nie zapunktowała. Jeśli w finale NBA możesz liczyć na zdobycze tylko 6 graczy, to masz olbrzymi problem. Wśród gospodarzy w ataku zapisało się aż 10 zawodników, a sam Marreese Speights dostarczył 8 punktów w 8 minut.

A i tak można to było wygrać. Mając piłkę na pełne 24 sekundy przed końcem i remis, Cavs wybrali (prawdopodobne sam LeBron wybrał, ale to wciąż błąd całego sztabu) zachwiany rzut za 3 punkty, kiedy wygraną dawał przecież choćby nędzny punkcik z rzutu wolnego. Nie spróbował też rozerwania obrony przez penetrację, po prostu poczekał, wziął piłkę i rzucił przez ręce. Słaba koncepcja, jak na finał NBA, nawet jeśli takie rzuty James trafiał już w karierze, zresztą także przeciwko GSW.

Wśród zwycięzców swoje piekielnie trudne rzuty w ważnych momentach trafili obaj „Splash Brothers” – Curry i Thompson, ale cichym bohaterem był wspominany Iguodala, który nie tylko odwalił wagon roboty w obronie, ale zaimponował również wszechstronnością w ataku – trafił m.in. dwie trójki.

Jeden z pechowców tych playoffów Kyrie Irving grał tak, jakby nie trapiły go w ostatnich tygodniach liczne kontuzje. Nie tylko nie odstawał w ataku, ale więcej niż przyzwoicie radził sobie również w obronie, m.in. dwukrotnie efektownie blokując Curry’ego. Jego kontuzja z dogrywki – jeśli okaże się tak poważna – jak wyglądała, może być znacznie gorszą wiadomością dla Cavs, niż porażka w pierwszym meczu. Przeciwko tak dobremu zespołowi, jak Warriors nawet LeBron James w życiowej formie nie będzie miał w pojedynkę żadnych szans.

RF

 

 
&nbps;
Partnerzy: Zakłady Sportowe