Czwartek, 23.03.2017

&nbps;

Wyjście na prostą

23 września 2015 09:29

Widoki są lepsze, ale przesadnie nie obniżajmy kadrze poprzeczki – pisze Michał Świderski.

Mateusz Ponitka / fot. A. Romański, PZKosz
Widoki na przyszłość po Eurobaskecie są raczej pozytywne (i słusznie), ale aby tak pozostało, musimy myśleć długofalowo i nie obniżać przesadnie poprzeczki.

Trochę spóźnione podsumowanie występu Polaków na Eurobaskecie spowodowane jest "czynnikiem wyjazdowym". Gdy enklawa kibiców koszykówki w naszym kraju zasiadała przed telewizorami i monitorami w celu obejrzenia ostatniego (jak się później okazało) meczu biało-czerwonych na turnieju we Francji, ja dojeżdżałem właśnie do Szklarskiej Poręby, rozpoczynając długo niewidziany w moim kalendarzu urlop. Za to czasu do przemyśleń było więcej.

Ustawianie poprzeczki

Ściśle teoretycznie wpadliśmy w miejsca 9–16, czyli mniej więcej na nasze możliwości. Generalnie można było odczuć atmosferę satysfakcji po wyjściu z grupy. To dobrze, ale będzie jeszcze lepiej, gdy tylko przestaniemy traktować naszych obowiązków jako sukcesów (choć trudno się dziwić takim głosom, skoro niektórzy do kategorii sukcesu zaliczali wygranie grupy eliminacyjnej).

Permanentne obniżanie sobie poprzeczki nic nie da, chyba że chodzi nam tylko o poprawę samopoczucia.

W porównaniu z poprzednim Eurobasketem jedno nasza kadra zyskała na pewno – szacunek wśród kibiców. To mały, ale jednak istotny krok w drodze do odbudowania pozycji koszykówki w Polsce. W pojedynkach z późniejszymi medalistami (Francja, Hiszpania) poziom walki momentami przekraczał 100%, a my znów uwierzyliśmy, że wygrywać (nie walczyć!) można z najlepszymi. Z teoretycznie słabszymi bywało różnie, ale dzięki zaangażowaniu Polacy wzbudzili ogólną sympatię.

Gortat nie taki niezbędny

Nasz przedstawiciel w NBA tradycyjnie wzbudzał wiele emocji nie tylko podczas trwania turnieju, ale także przed nim i po nim. Z Marcinem Gortatem wszyscy mamy pewien problem – ciężko określić nam rolę, jaką powinien on pełnić w reprezentacji. Gdy w sparingach starał się dominować w ataku, co zabierało grę innym – było źle. Gdy we Francji był mało widoczny – było źle.

Sam oczekiwałem od Mike’a Taylora, że w jakiś magiczny sposób wpasuje Gortata do drużyny  w sposób, który jednocześnie pozwoli mu zdominować strefę podkoszową i nie zabierze zbyt dużo pola jego kolegom. Do tej pory nie wiadomo, czy takie rozwiązanie jest możliwe.

Sęk w tym, że niezależnie od wybranej koncepcji, Gortat w obronie nie spisywał się rewelacyjnie. Ponieważ wszyscy oczekiwali od niego m.in. żelaznej obrony, wszelkie akcje, które w mniejszym czy większym stopniu obciążały jego konto, kłuły w oczy jeszcze bardziej. Cóż, taki los gwiazdy.

Sam Gortat broni się przed krytyką (często w mało elegancki sposób), wysuwając na pierwszy plan dobro drużyny i chwaląc się niezłą grą oraz wyjściem z grupy. Na konkretne zarzuty wobec siebie nie odpowiada.

Jeszcze nie posprzątano po zakończeniu turnieju, gdy Tony Parker i Pau Gasol zadeklarowali dalszą chęć grania w reprezentacji narodowej. Gortat w typowy dla siebie sposób zwleka z decyzją, w swoim mniemaniu budując napięcie. Mam coraz większe wątpliwości, czy w takiej dyspozycji jest tej kadrze niezbędny.

Duet na lata

Jednym z najmilszych wydarzeń na Eurobaskecie było wypromowanie się na nim naszego eksportowego duetu graczy obwodowych. I co ważne – Ponitka z Waczyńskim mogą być nim jeszcze przez kilka lat (pierwszy karierę dopiero zaczyna, drugi za kilka tygodni kończy 26 lat). Dodając do tego niezłą gromadę atletycznych zmienników (Gruszecki, w przyszłości być może Sokołowski), mamy jeden ból głowy mniej.

Ponitka skradł serca kibiców szczególnie w pierwszych meczach, Waczyński w następnych. Obaj zrobili takie wrażenie na kibicach, że ci zapominali im drobne błędy. Na marginesie, to prawdziwy cud dla Tauron Basket Ligi, że na parkietach w Dąbrowie Górniczej, Koszalinie czy Zgorzelcu pojawi się ktoś taki, jak Mateusz Ponitka.

Amerykański problem

Trudna sprawa. Nie byłem zwolennikiem włączenia go do kadry, nadal uważam, że jest to droga – nawet jeśli częściowo skuteczna – to jednak zasłaniająca jeden z podstawowych problemów polskiej koszykówki, jakim jest wąski strumień nowych graczy mogących rywalizować na europejskim poziomie.

Owszem, Slaughter ma umiejętności, o których polscy rozgrywający aspirujący do miana pierwszej jedynki w kadrze mogą pomarzyć – pewnie czuje się na koźle, jest spokojny, przede wszystkim jest w stanie minąć pierwszą linię obrony.

Problem w tym, że jeśli braliśmy Amerykanina po to, aby „zrobił różnicę”, to średnio wyszło. Pojedyncze momenty były, ale ciężko przypomnieć sobie mecz, który Slaughter nam wygrał – a można było od niego tego oczekiwać.

Co dalej? Przy schyłku kariery Koszarka i Skibniewskiego pewnie ponownie trzeba będzie wysłać mu powołanie na kadrę. Chyba że Taylor przekona się jednak do Kamila Łączyńskiego (bardzo ważny sezon w Anwilu) albo będzie chciał zrobić rozgrywającego z innego zawodnika (a próbował już z Waczyńskim i Berishą).

Przede wszystkim trzeba jednak obserwować rozgrywających urodzonych w Polsce w latach 90. Tylko czy stać nas na tak karkołomny i szalony pomysł, jak długofalowość?

Trener mentalny, więc dla nas

Długo nie mogłem wyrobić sobie zdania o amerykańskim szkoleniowcu. Trzeba jednak mu oddać, że z kolejnymi meczami coraz lepiej reagował na wydarzenia na parkiecie, ograniczając hokejowe zmiany.

Ostatecznie przekonał mnie meczem z Hiszpanią. Meczem wprawdzie przegranym, ale Taylor kupił mnie umiejętnością mentalnego przygotowania zespołu do walki z dużo silniejszym przeciwnikiem, teoretycznie dla nas nieosiągalnym, o cel tak daleki, że aż trudno było mówić o jego osiągnięciu bez powoływania się na zwykłą kibicowską wiarę.

Gdy nie mamy zastępu zawodników klasy europejskiej, potrzeba nam kogoś, kto w najlepszą możliwą do uskładania grupę tchnie tę wartość dodaną. Nie wspominając już o zwykłej ciągłości pracy z kadrą, której od lat tak bardzo nam brakuje.

Światełko w tunelu

Mimo porażki w 1/8 Eurobasketu w przyszłość można patrzeć z pewnym optymizmem. Po ostatnim meczu utwierdził mnie w tym osobiście Adam Waczyński – „Za 2 lata wrócimy mocni! Wierzę w to, bo mamy potencjał. Tak jak nie widziałem światełka w tunelu po Słowenii, tak teraz myślę, że wychodzimy powoli na prostą”. Wierzę na słowo.

Pozostaje liczyć też na to, że ów potencjał nie zostanie zmarnowany i projekt „Kadra” będzie nadal rozwijany. To niezbędne, bo prędzej czy później z kadry odejdą Gortat, Koszarek, Zamojski, Skibniewski, a nie możemy pozwolić sobie na luksus oczekiwania, aż następcy pojawią się sami. Dlatego liczę na długofalowy program, wieloletnią umowę z trenerem. Mówi się, że w takim przypadku może powrócić pomysł organizacji kadry B.

Michał Świderski, @miswid

Zobacz inne wpisy na blogu Michała Świderskiego

 
 
&nbps;