Wtorek, 21.02.2017

&nbps;

Los Angeles Bryants

24 lutego 2016 10:43

W LA Kobe pełni rolę Misia z Krupówek i wywiązuje się z niej znakomicie – pisze Tomasz Sobiech.

fot. 2TAKTY.COM
Zarejestruj się w RIVALO i zgarnij bonus 200,- PLN !

Jesteś już dziś piątą osobą – mówi mi w hotelu uczynna recepcjonistka, gdy pytam, na której stacji metra wysiąść, aby trafić do Staples Center (przy Pico, gdybyście kiedyś potrzebowali) – Też przyjechałeś zobaczyć Kobiego? – pyta.

Poniekąd tak. Nigdy nie był moim ulubionym graczem (wybitny zawodnik, ale człowiek raczej małego formatu), jednak wybrałem się na mecz Lakers z Timberwolves właśnie po to, by rozumieć fenomen ostatnich miesięcy.

Straszliwie dołujący w lidze klub z Miasta Aniołów dramatycznie przepłacił za gracza, który po 20 sezonach eksploatacji i ostatnich bardzo ciężkich kontuzjach sportowo jest cieniem cienia dawnego siebie” – tak to wyglądało z Polski.

Czy właściciele drużyny naprawdę są aż tak bezrozumni? Czy też jest w tym jakaś logika i ukryty sens?

Elvis, bulwar i plaża

Kobe jest absolutnie wszędzie, nie ma nawet sensu zaglądać do lodówki. Na billboardach w połowie Kalifornii zaprasza na mecz, to o nim są wszystkie artykuły o poranku w LA Times, przed meczem w lokalnej telewizji leci dwugodzinny program „Top 10 meczów Bryanta, w których rzucił 50 punktów”, itd.

W sklepach kibica w Staples Center w zasadzie wyłącznie koszulki Kobiego. Pozostałe są niewidoczne, zapewne poupychane gdzieś wstydliwie w szufladach i szafach, na wypadek gdyby jakiś zabłąkany fan – hipster uparł się jednak na trykot z kimś innym. Przed meczem na głównym telebimie lecą fragmenty spotkań i przerywniki z akcjami wyłącznie... sami wiecie kogo.

Klub nawet nie udaje, że pozostali zawodnicy mają jakiekolwiek znaczenie. Przed meczem w drzwiach hali każdy kibic dostaje białą koszulkę Lakers z numerem 24. W związku z tym w Staples Center tego wieczoru zasiadło kilkanaście tysięcy Bryantów! Jeśli ktoś nie założył koszulki Kobiego, to głównie dlatego, że miał już swoją własną.

Trybuny w sektorach na poziomie parkietu to niemal wyłącznie Azjaci, którzy zapłacili za przyjemność ujrzenia Bryanta grube setki, jak nie tysiące dolarów. Reagują na niego mniej więcej tak, jak amerykańskie nastolatki w latach 60. reagowały na Elvisa Presleya. Zresztą cała hala ma podobnie – Kobe wchodzi na boisko to podnosi się wrzawa, kiedy schodzi – na trybunach atmosfera, jakby Lakers spadli właśnie do NBDL.

Celna trójka Bryanta w drugiej kwarcie? Ekstaza na miarę buzzer-beatera trafionego w siódmym meczu finałowej serii. D’Angelo Russell czy Jordan Clarkson pokazali parę naprawdę fajnych akcji? Rachityczne oklaski gdzieś spod sufitu.

Mecz z Minnesotą był zaskakująco dobry i emocjonujący, ale dla większości widzów tak naprawdę miał jedynie charakter dodatku do jednoosobowego show.

Ludzie nie dopingują bowiem Lakers, oni podziwiają kolejnego Elvisa. Oglądają go w LA tak samo, jak Hollywood Boulevard i Beverly Hills, a w takim Paryżu to koniecznie wieżę Eiffla. Niewielka różnica, czy na boisku Kobe odpali 20 kolejnych cegłówek, czy trafi 5 trójek z rzędu. Przecież widzieli GO na żywo!

Miś czasem jeszcze mruknie

Trzeba przyznać, mocno się redakcji poszczęściło – Bryant akurat zagrał fenomenalnie. W najlepszym występie od kilku sezonów nie tylko trafiał jak natchniony (38 pkt, aż 7 trafionych rzutów za 3 pkt.), ale jeszcze w decydujących momentach spotkania, jak za najlepszych lat, wziął piłkę pod pachę i decydującym rzutem wygrał kolegom zawody.

Do tego toczył  rewelacyjne pojedynki z niemal równie świetnym Andrew Wigginsem (30 pkt.), genialne podania Ricky’ego Rubio - wyszedł rewelacyjny mecz i turyści z całego świata pewnością nie żałowali. Bez względu na to, ile zapłacili za bilety.

Jako pierwszy, zgodnie z regułami NBA, konferencję prasową miał trener Byron Scott i aż dziw, że trwała ona tak długo. Oczywiście na jakieś 15 pytań, 14 dotyczyło Bryanta. Coach cierpliwie objaśniał zagadnienia z teraźniejszości, przeszłości i przyszłości Kobiego, zapewne ze świadomością, że i tak raczej żadna „setka” nie przebije się do wieczornych wiadomości. Wszyscy dziennikarze czekali tak naprawdę na spotkanie z NIM.

Kobe przyszedł bardzo wyluzowany. Widać, że po decyzji o końcu kariery zeszło z niego powietrze, a i świetny mecz na pewno zrobił swoje, wpływając na dobry humor. Dużo autoironicznie żartuje ze swojego wieku i zdrowia, nawet o kolegach z drużyny wypowiada się życzliwie. Jedynie przy pytaniu o występ młodego Wigginsa („kompletnie nie przejmuję się takimi rywalizacjami”) widać było trochę dawnej pozerki.

- Panie Bryant, na trybunach podczas pańskiego genialnego występu zasiadły setki kibiców z Chin. Na własne oczy widziałem, że mnóstwo z nich na koniec wspaniałego meczu płakało ze szczęścia. Czy chciałby im pan coś teraz przekazać? – na sam koniec dziennikarz z Azji spowodował, że pozostali żurnaliści spojrzeli po sobie, z trudem usiłując ukryć wesołość.

Kobe z powaga i kamienną twarzą próbował potraktować sprawę poważnie, wygłaszając chyba coś, co w założeniu miało być klasycznym, dobrym PR-owo, występem zawodowca. Że Chiny kojarzą mu się z ciężką pracą, a to przecież analogia do jego kariery, więc bardzo chciałby, żeby i ich ciężka praca zakończyła się kiedyś sukcesem. Przez dobre kilka minut, zapętlając się coraz bardziej, opowiadał nieprawdopodobne dyrdymały. Aż w końcu sam się spostrzegł, przerwał w połowie i bezradnie rozejrzał po sali. Nawet jemu zdarza się od tego całego cyrku czasem stracić głowę.

Tomasz Sobiech

*

O koszykarskich podróżach czytaj również:

Kapliczka Coacha K.>>

Basket pod palmami >>

2TAKTY.COM w Teksasie >>

 
 
&nbps;